Piątek, trzynasty grudnia.

Trzynasty grudnia, piątek.
Do niedawna jeszcze – wyjątkowo szczęśliwy dla mnie.
Zawsze trzynasty numer w dzienniku, najfajniejsze rzeczy zdarzały się zawsze trzynastego.
To już przeszłość.
Nie żeby ten dzień był dla mnie teraz jakoś szczególnie pechowy o nie!
Uważam bowiem, że pech dotyka tylko tych którzy w niego wierzą.
Więc wystrzegam się czarnych myśli, żeby nie daj Boże…
Po prostu wiem, że już nic szczęśliwego się w tym dniu nie wydarzy.

W natłoku złych wiadomości i nieustannych problemów, trudno oczekiwać radości.
Dzisiejszy dzień – jak wiele ostatnich – niezbyt napawa optymizmem,
a zbliżające się święta wcale nie poprawiają nastroju.
Właściwie od wielu lat święta to dla mnie dość trudny okres.
Staję się drażliwa, niecierpliwa i najchętniej przespałabym ten czas,
budząc się dopiero po nowym roku.
Jakże inaczej, niż za czasów dzieciństwa.

Dzień jakiś ponury, choć przez moment słońce chciało przebić się przez chmury.
Zrezygnowało jednak, nie starczyło mu energii, więc dało za wygraną i dość szybko
podążyło na spoczynek.
Odłożyłam na bok wszystkie domowe zajęcia, pies patrzy na mnie z naganą w oczach,
chętnie pograłby w piłkę w ogrodzie, chociaż ze mną gra jest mało dynamiczna – on biega
ja chodzę, ale zawsze to lepsze niż nic.
Nie dziś. Dziś nie pogramy piesku.
Nawet moje papugi są zupełnie bez energii.
Zazwyczaj głośnym krzykiem i bieganiem w klatce usiłują przypomnieć,
że czas już wylecieć rozprostować skrzydła, dziś siedzą w otwartej klatce osowiałe i posępne,
zastanawiając się –  wyjść czy pozostać.
Dziś nawet się ze sobą nie kłócą – trwają w oczekiwaniu, a raczej starają się przeczekać to,
czego inni wypatrują tak radośnie.

Parę kilo drobnych w damskim portfelu.

Moje pierwsze podejście, do pisania, na innej platformie, skończyło się po roku,
utratą tego co napisałam.
Dałam sobie spokój, ale pod wpływem impulsu od niedawna piszę znowu.

Nie tylko piszę. Przede wszystkim czytam.
Kiedyś miałam swoje ulubione blogi, takie o „czymś”, nie o gruszce i pietruszce.
Niestety – większość przepadła jak mój.

Tutaj czytam, głównie to, co się znajdzie na pierwszej stronie.
Znalazłam fajny blog kobiety, która przeżyła tyle, że na każdy dzień tygodnia  
poprzez lata całe wystarczy tego by miała czym zainteresować.
Większość jednak to historie mało ambitne, żeby nie powiedzieć absurdalne.
Jeśli to fantazja piszących – ok.  
Lecz jeśli ktoś wypisuje absurdy w których realizm nie uwierzy nawet dziecko,
nazywając to historią autentyczną która miała miejsce wtedy a wtedy tam a tam – należy
się zastanowić czy jest blogierką, czy blagierką?

Dziesiątki osób bijących pianę zamiast się zastanowić i pomyśleć że opisana sytuacja
jest z gatunku „i wtedy się obudziłam” nasuwa myśli o tragicznym stanie ludzkiej logiki.
Pisać możemy wszystko. Zwłaszcza na blogu, który jest naszą własnością.
Jednak literatura faktu wymaga od nas wierności szczegółom.
Jeśli ponosi nas wyobraźnia to bardzo dobrze ale nie wmawiajmy naiwnym,
że opowieść jest prawdziwa.
Jak bowiem mam uwierzyć w opowiastkę, w której to jądrem całej historii jest
czterdzieści parę złotych w jedno i dwu groszówkach – czyli ładnych parę kilo
żelastwa noszone w damskiej torebce?

Żyjesz po to, aby inni mieli fajnie…

W życiu człowieka są takie chwile, że zaczyna się poważnie zastanawiać,
nad sensem swojego istnienia.
W końcu dochodzi do takiego momentu, kiedy po stronie „za” zostaje pusta
kartka, zaś po przeciwnej argumentów przybywa.
Należałby coś z tym zrobić, ale co można zrobić skoro nic nie zależy od
ciebie?
Najprościej było by odwrócić się i odejść.
W tym jednak momencie zdajesz sobie sprawę, że praktycznie nie masz dokąd.
Twoje miejsce na ziemi, już nie należy do ciebie.
Sprytnie zajęli je ci, co cwaniactwo mają w herbie.

To co było celem, nagle odwraca się przeciwko tobie i budzisz się z ręką w nocniku.
Jak masz siłę to walczysz, ale jeśli sił już nie masz?
Zaczynasz tęsknić do tego, czego inni panicznie się boją a z czym ty
już dawno się pogodziłaś.
To co pozornie było twoim wybawieniem staje się wrogiem, bo trzyma cie przy życiu takim jakiego nie chcesz, chyba tylko po to aby pokazać jak wielkie
gówno jesteś teraz warta.
Owszem – są jeszcze wyciągnięte w twoim kierunku dłonie, ale tylko po to,
aby jeszcze wyssać, wydoić z ciebie ile się tylko da.
Niewesoło gdy zdasz sobie sprawę że każdy twój wybór który kiedyś wydawał
się słuszny, okaże się najgorszym z możliwych.

Wspaniali ludzie przemykają przez moje życie jak kolorowe motyle,
przez chwile je ubarwiając – znikają.
Pozostają ci, co kładą się cieniem na mej drodze – ludzie wampiry,
wysysając całą energię, żywiąc się tym, co najcenniejsze…
Nie ma szans, by się od nich uwolnić.

Czy czasy niewolnictwa na pewno minęły? ( jak to możliwe?)

Wydawało mi się, że Aśka jest osoba szczęśliwą.
Karol co prawda jest pierwszym chłopakiem takim na poważnie,
ale wydawali się tacy zakochani.
Nie zdziwiłam się więc, gdy na Facebooku zobaczyłam zdjęcia
szczęśliwej Pary Młodej, otoczonej wianuszkiem gości weselnych.
Mniej więcej pół roku później pojawiły się zdjęcia małego ludzika,
w śmiesznej czapeczce i z wielkim smokiem w małym, słodkim pyszczku.
To Kacperek.

Aśka jest córką mojej przyjaciółki, ale choroba moja i jej
– właściwie nie wiadomo czyja gorsza – rozluźniły nieco kontakty
między nami w tamtym okresie.
W naszym wieku takie choroby, to nie jest to czego człowiek
oczekuje od życia, więc zanim się z tym oswoi nie ma specjalnie
ochoty na kontakty towarzyskie.

Wszelkie niusy docierały do mnie za pośrednictwem Facebooka.
Kontakty nasze ograniczyły się do składania życzeń przy różnych
okazjach oraz odwiedzin w szpitalu kiedy przyjaciółka przechodziła
kolejne operacje, a ja czułam się akurat na tyle dobrze by ją odwiedzać.

Z Aśką pisałam na czacie, od niej wiedziałam co się dzieje z K.
gdy akurat nie leżała w szpitalu.
Z czasem zaczęła mi się zwierzać.
Ufała mi jak niegdyś jej matka, powierzała mi swoje najskrytsze tajemnice
i nie tylko, zaczęła coraz dokładniej opisywać swoje życie młodej żony,
mieszkającej u teściów, a więc nie mającej za wiele do powiedzenia.

Na wsi życie wygląda inaczej, ale że różni się tak bardzo,
o tym nie miałam pojęcia.
Karol bardzo chciał mieć samochód, Aśka jeszcze bardziej chciała
być na swoim.
Czyje pragnienia zwyciężyły?
Oczywiście Karola, bo na wsi mężczyzna jeszcze do tej pory ma więcej
racji niż kobieta.
Zaciągnął więc spory kredyt w najmniej dogodnym momencie i teraz staje
na głowie, by co miesiąc zapłacić ratę w terminie – bo jeśli się spóźni,
telefony z banku się urywają, a dzwoniący już nie są tacy mili
jak w momencie udzielania kredytu.
Wcale nie są mili, potrafią podnieść głos i zrugać jak ucznia.
Wiadomo. Windykacja – to słowo nie bez powodu źle się kojarzy,
zwłaszcza ostatnio.
Więc Karol zasuwa od świtu do nocy, a Aśka sama z Kacperkiem,
który jest słodkim brzdącem, ale ruchliwym jak rtęć i wcale niełatwo
za nim nadążyć.

Oprócz Kacperka jest jeszcze dom do ogarnięcia, obiad, zakupy i
obrządek gospodarski.
Latem gorzej, bo jeszcze ogród.
A małżeństwo?
Ano gdzieś się podział romantyzm, miłość, a kochający chłopak coraz
bardziej przypomina nadzorcę niewolników.
Teść zresztą też.
Dziecko tatusia nie widuje od poniedziałku do niedzieli,
a w niedzielę tatuś odpoczywa więc dziecko nie może przeszkadzać.
Co to za kobieta nierozumna, która nie daje mężowi odpocząć,
nie zajmie dziecka czymkolwiek z dala od tatusia…

Chciała by się wyrwać choć raz w miesiącu na ploty do koleżanki.
Nie sama, z dzieckiem żeby nikomu nie robić kłopotu –  nie wolno.
Kto za nią obowiązki wypełni?
Zresztą jak się ma męża, to nie ma się czasu na koleżanki.
Jak to?  Matka nie nauczyła?
Ano do matki też by chciała pojechać, czy do siostry – nie ma mowy,
jej miejsce jest tutaj, w domu do którego weszła.
Wygląda więc na to że jak już weszła, to tak szybko z niego nie wyjdzie.

Wieczorami jak mały śpi, a wszystko już oporządzone w domu i zagrodzie,
siadamy do komputera i wylewamy swoje żale jak stare zgorzkniałe kobiety,
bo komu ona ma się zwierzyć? Koleżanek już niema, matka jej nie zrozumie,
ojciec tym bardziej weźmie stronę zięcia, bo wszystko jest niby ok.
Chłopak pracowity, nie pije bo nawet nie ma kiedy więc czego ona chce?
Troszeczkę wolności, troszeczkę wsparcia, miłego słowa, czasem trochę
czułości i jeśli już nie pomocy ze strony rodzinki Karola,
to chociaż uszanowania jej wysiłku, bo tak się stara żeby nie widzieć
krzywych spojrzeń, jeśli coś nie jest zrobione na czas.

Przestałam się dziwić że młode dziewczyny – gdy tylko dorosną – uciekają
ze wsi do miasta w poszukiwaniu łatwiejszego życia.
Bo Łatwo to one raczej nie mają.
Wychowane w gospodarstwie, wiedzą co je czeka, więc pakują manatki i tyle
je widzi rodzinka co po prowiant czasem przyjadą, lub wcale.
Aśka niestety gospodarstwa nie miała, więc nie wiedziała  co ją czeka,
nie miała tej świadomości – chociaż wychowana na wsi – że jak syn
gospodarski bierze sobie żonę, to kończy się miłość a zaczyna niewolnictwo,
że żonę się bierze aby rodzina miała kim pomiatać, innymi słowy – tu właśnie
na polskiej, sielskiej wsi zacierają się różnice pomiędzy chrześcijaństwem a
islamem.
Przynajmniej dla kobiet.

Inteligencja dziedziczona

Córki inteligencję dziedziczą po matce.
Matka wychodząc z domu zostawia włączone żelazko.
Po kilku godzinach jedna z córek widząc to, wyciąga
z kontaktu wtyczkę nie sprawdzając co wyłączyła.
Następna podłącza ładowarkę do przedłużacza i widząc,
że telefon się nie ładuje rozbiera ładowarkę na części pierwsze.
Wieczorem wraca matka.
Wyłącza żelazko i włącza wyłączony przedłużacz.

Córeczki tatusiów, czyli kto tu jest dojrzały.

W życiu, jak w życiu. Jednym się układa, innym nie.
Zawierając związek małżeński każdy z nas wierzy, że będzie udany,
szczęśliwy, że spełni jego oczekiwania, bo w końcu każdy jakieś
oczekiwania ma.
Mało kto mówi „jakoś to będzie”, większość oczekiwania ma całkiem spore
i sporo optymizmu.
Niestety, doświadczenie pokazuje że im więcej oczekiwań – tym większe
rozczarowanie.
Czasem związek się rozpada, a że człowiek to taka istota która lubi
kogoś mieć – choćby dlatego że są miejsca gdzie nie sposób udać się
samotnie – stara się założyć nowy, niekoniecznie na tych samych zasadach.
Jednak oczekiwania – jakieś tam – znowu ma.
Jeśli Twój dotychczasowy partner był wiecznym chłopcem logiczne jest,
że tym razem próbujesz znaleźć osobnika dojrzałego, niekoniecznie starego,
ale takiego po którym można się dojrzałości spodziewać.
I tu można się nieźle pomylić.
Za przykład posłuży mi dwóch panów, w wieku jak najbardziej wskazującym
na dojrzałość.

Jeden z nich rozwodnik żyjący w poprawnych stosunkach z byłą żoną
(poprawnych, ale nie nazbyt serdecznych), co należy zaliczyć na plus,
bo skoro „Ona może się z nim dogadać, to ja też potrafię.”

Drugi – wdowiec od kilku lat – gotowy na to aby rozpocząć nowe życie
i jak mówi – nie ma to być życie samotne.
Obu łączy fakt posiadania córek jedynaczek – dorosłych już panien,
prawdopodobnie swoje życie prywatne mających.

I tu niestety zaczynają się schody.
Delikwent umawia się z Tobą, po czym odwołuje spotkanie,
bo córka zorganizowała mu wyjazd do rodziny.
Raz można, zdarza się ale za kolejnym odwołanym spotkaniem
kiedy to córka potrzebowała pomocy tatusia i kolejną próbą
umówienia się w dogodnym dla Was obu terminie, kiedy usłyszysz:
„Postaram się, chyba że córka coś wymyśli”, powinnaś już wiedzieć
że tego muru nie przeskoczysz.

Podziękowawszy grzecznie zajmiesz się swoim życiem, a ono właśnie
wtedy postawi na Twojej drodze innego Pana.
I tu historia się powtarza. On właśnie jedzie do córki,
więc nie pójdzie z Tobą do kina…
Zadzwoniła córka( w trakcie Waszego spotkania) – właśnie wychodzą
z zięciem i on musi się zająć Kubusiem czy Zosią, więc odwozi Cię
do domu (w połowie kawy i ciacha) i pędzi.

Dotarło do Ciebie, że jedynie w nocy obaj panowie dysponowali czasem
bez przeszkód i ten czas gotowi byli Ci poświęcić bez reszty?
Niestety nie zażyczyłaś sobie, bo nie masz ochoty służyć komuś za
termofor – nazwijmy to delikatnie…
Nie życzysz sobie również związku z facetem niby dojrzałym,
któremu córka organizuje czas wolny na swój sposób, a on to przyjmuje
z pokorą?
Nie masz nic przeciwko dobrym stosunkom rodzinnym, sama mając rodzinę
i pomagając jej w każdy możliwy sposób, ale oni cenią Twoją niezależność
i nie wykorzystują Cię za wszelką cenę.

Jeśli poznasz kogoś fajnego i usłyszysz „mam córkę” – podziękuj od razu.
No, może nie tak od razu… ale natychmiast kiedy dla córki,
odstawi Cię na boczny tor po raz drugi.

TYLKO GŁUPI NAPRAWIA TO, CO SIĘ NIE POPSUŁO (czyli jakie szkody może wyrządzić, nie do końca przemyślane działanie)

Wszelkie nowości budzą moją odrazę, a wymuszanie ich akceptacji
budzi opór, bunt,czasem wręcz wściekłość.
Zwłaszcza, jeśli ktoś w ramach”nowego” niszczy stary porządek,
a wraz z nim – efekty mojej rocznej pracy, moje serce, moją duszę.
Wszystko co ma dla mnie największą wartość – przepada bezpowrotnie.
Są na tym świecie rzeczy których wartości nie da się przeliczyć na
pieniądze, a ich utratę można porównać, że stratą najbliższej osoby.
Dla każdego człowieka, taką wartość ma coś zgoła innego,
ale wszystkie te skarby można określić jednym słowem – bezcenne.
Dlatego tak ciężko się pogodzić, przeboleć.

Możesz to wszystko stworzyć od nowa – powiedzą jedni,
inni dodadzą – możesz to udoskonalić, a ja wiem,
że tak jak nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki,
tak nic co stworzymy po raz drugi nie będzie takie samo.
Nie ma bowiem dwóch takich samych chwil, odczuć towarzyszących
tym chwilom – na tym polega ich ulotność i magia.
Dlatego w takie dni jak ten, wspominając tych, którzy odeszli,
nie mogę się oprzeć wrażeniu,że straciłam coś znacznie więcej.
Ci – którzy odeszli na zawsze – nigdy przecież nie odchodzą do końca,
żyją dopóki żyje pamięć o nich, do ostatniego wspomnienia.
To co straciłam –  odeszło bezpowrotnie i nigdy nie powróci.
Dlatego nienawidzę niepotrzebnych zmian, ulepszeń, naprawiania tego,
co nie jest popsute.
Lepsze jest wrogiem dobrego.