Zmiany w mózgu osobnika prymitywnego, spowodowane demencją.

Kto nie spotkał na swoim blogu osobnika o nicku Zib, ten
się naprawdę jeszcze z szambem nie zetknął.
Stan jego umysłu już dawno wskazywał na zmiany nieodwracalne,
spowodowane najprawdopodobniej demencją, a tu jak na złość
geriatrię przestają finansować i nie ma kto biedakowi pomóc.
Bez specjalisty stan Ziba pogarsza się w szybkim tempie.
Wspiął się pisowski troll na wyżyny intelektu i wykorzystał cały swój
potencjał i wiedzę zdobytą na pisowskich szkoleniach dla trolli.
Na poparcie mojej tezy cytuję jeden z jego komentarzy na moim blogu:

„Wpuść sobie parę pająków towarzyszko, a zresztą pełno ich już w tym Twoim burdelu, który ulotnie cuchnie właśnie czerwonymi pajakami. Dokładnie jak Ty. Nawet gdybyś się chociaż czasami myła i tak zostaje smród zmsów i innych socjalistycznych organizacji w których przeczuwałaś swe ulotne chwile, nic nie mające wspólnego z życiem. Poza tym spójrz w lustro, jesteś obrazem nędzy i rozpaczy, nawet przy swojej koleżance z LSD i skrzeczącym glosie.”

Gwoli wyjaśnienia – napisał to człowiek, który nie zna ani mnie,
ani mojej przeszłości, nie wie gdzie i jak mieszkam, oraz nigdy nie
słyszał mojego głosu.
Wyjaśniam zatem, iż: nigdy nie należałam do żadnej z ww organizacji –
nawet do harcerstwa, a cóż dopiero do PZPR, skoro w czasie jej istnienia
byłam dzieckiem. Gdyby zadał sobie więcej trudu, zorientowałby się
pewnie ze starszych wpisów, że zwolenniczką PO również nigdy nie byłam.
Nie wiem jaką koleżankę miał na myśli, ale zapewniam wszystkich, że
zarówno mnie, jak i moim koleżankom, substancja zwana LSD jest
substancją zupełnie nieznaną.
Nie łykam nic, czego nie zapisał mi lekarz.
Dodam jeszcze, że to ostatni komentarz z radosnej twórczości Ziba, który
ukazał się na moim blogu.
Dość mam chamstwa w życiu politycznym, za sprawą jego idoli, by pozwalać
jeszcze wylewać gówno na blogu!

 

Krótko

„- Gdyby minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wiedział, że jego zastępca organizuje nagonkę na nieprzychylnych władzy sędziów, wtedy sam podałby się do dymisji” – stwierdził w „Rozmowie Piaseckiego” w TVN24 marszałek Senatu Stanisław Karczewski.
Teraz już wie! Czekamy zatem na dymisję. Lepiej późno, niż wcale.

Odskocznia od nieznośnej rzeczywistości.

Wraz z czasową zmianą miejsca pobytu, zawiesiłam wszelką działalność,
prócz tej niezbędnej do życia.
Tak więc, ostatni tydzień upłynął mi na błogim nicnierobieniu i – o zgrozo! –
czas upłynął mi równie szybko jak zawsze.

69590387_438953006703384_5484099566800207872_n
Taki oto baner, zawisł na jednym z osiedli w moim mieście.
„Przecież to już nieaktualne – PiS już nadszedł” – powiedział znajomy,
od kilkunastu lat mieszkający w Niemczech.
Mylisz się -powiedziałam – w kontekście tego, co dla nas szykują, on się
dopiero skrada!

Wczoraj, w domu opieki dla seniorów naprzeciwko, zorganizowano
imprezę integracyjną dla seniorów i ich rodzin, z uwagi na cudną
pogodę, odbyła się na świeżym powietrzu.  Do 23;00 śpiewom i śmiechom
nie było końca. Ciekawi mnie, jak spędzają czas seniorzy w podobnych
domach w Polsce…

69355477_2386907901630481_5292267790281998336_n (1)69362322_2364669407133443_2593882040277401600_n
Nie miałabym nic przeciwko temu, by spędzić tu jesień życia.

Ten wyjazd był konieczny. Z uwagi na moją psychikę.
Co prawda kiedyś stwierdzono, że psychikę mam żelazną i ze
wszystkim sobie poradzę, ale to było kiedyś i zmieniły się od
tego czasu realia. Nie przewidziano PiS.

A oto kolejny baner, na tym samym balkonie
68759637_2119989801438857_4814031466864312320_o

 

Moje miasto oczami psychiatry.

68441689_2098869013550936_2610810765543735296_n

To nie żart. Jedno z najruchliwszych rond w moim mieście,
środkiem biegnie ścieżka rowerowa (a właściwie powinnam
napisać biegła, ponieważ z uwagi na takie oto widoki jak
powyższy – władze miasta zmieniły trasę dla rowerów).
Przejście podziemne, wyposażone w ruchome schody i
windy dla inwalidów i wózków.
Ścieżka rowerowa zamieniona zostaje przez madki w bąblostradę,
jak to nazwali internauci.
Bąbelkowozy mkną przez środek ruchliwej arterii.
Dziś byłam świadkiem, jak w innej części miasta madka pchająca
przed sobą bąbelkowóz, pomykała jak sarna na czerwonym, tuż przed
ruszającym z przystanku tramwajem.
Myślicie że to sporadyczny wybryk jednej, beztroskiej istoty?
Guzik prawda! Matki pchające wózek, czy ciągnące za sobą berbecia
ledwo przebierającego nogami, przebiegające na czerwonym,
lub wbiegające gwałtownie na jezdnię, w miejscu do tego
nieprzeznaczonym, to częsty widok na ulicach mojego miasta.
Początkowo myślałam, że to zaćmienie umysłu, ma związek z laktacją,
ale przecież one nie karmią!

Poniżej rozwiązanie problemu wraz z komentarzem internauty.
68694368_2103053069799197_5869387897374769152_n

 Uwaga, droga dla bombelkowozów na Kaponierze zniknęła właśnie ze środka ronda. Bomblostrada od teraz na chodniku!

****
68385953_307131196754800_1706792799107547136_n
Biznes class w autobusie miejskim.

Kolejny obrazek z mojego miasta.
Z pewnością wygodnie. Jednak ani kulturalnie, ani estetycznie,
ani higienicznie. W wersji młodzik i wersji junior różnica jest taka,
że nogi pozostają w obuwiu.

Kolejna zmiana w „dobrej zmianie”.

No i się stało! „Prawo nie zostało złamane”, ale…
w obliczu  zbliżających się wyborów, poseł „przyjął dymisję”
marszałka sejmu i na jego miejsce kazał powołać kobietę.
Tę samą która miała się „uczyć” nie mając doświadczenia na
poprzednio zajmowanym stanowisku.
Jako nauczycielce, wydaje jej się, że nauka to pikuś, podczas gdy
jest wiele rzeczy których niektórzy nauczyciele nie umieją i nigdy
się nie nauczą. Mianowicie nie potrafią uczyć.
Pani wydaje się bardziej ogarnięta niż poprzednik – ogrodnik
z nieciekawą przeszłością. Przynajmniej intelektualnie, ale…
no właśnie… ale się okazało że to tylko pozory, bo pani już w
pierwszym przemówieniu, tekstem o tym, że opozycja nie może
jej obrazić, bo obrazić ją może tylko ktoś, kogo ceni i szanuje,
strzeliła sobie w kolano i zwykły poseł całe te mrzonki o
przedwyborczym ociepleniu wizerunku, może sobie wsadzić gdzieś!
Będzie zatem musiał więcej suwerenowi obiecać.
Pani marszałek!
To, że pani nie można obrazić, jest poniekąd normalne i nikogo
nie dziwi. Gdyby bowiem posiadała pani choć odrobinę
przyzwoitości, nie byłoby pani tam, gdzie obecnie się znajduje,
bo  nie ma większego obciachu dla kulturalnego człowieka,
niż przynależność do takiej bandy! Z przyzwoitości nie skomentuję
pani stwierdzenia słowami, o które sytuacja aż się prosi -napluj…
itd. itd. itd.
Przypomnę jednak że ci, których pani nie szanuje, to wybrani
przez nas – czyli społeczeństwo – posłowie i jako takim szacunek im
się należy, a pani nikomu łaski nie robi! Nie szanuje pani naszych
wyborów – nie szanuje pani nas, wyborców!
Cóż zatem się zmieniło po wymianie marszałka sejmu?
Zmienił się dyspozytor lotniczy, a reszta pozostanie bez zmian.

Zycie to poker – nie zawsze dostajesz najlepsze karty.

W dzisiejszym dziwnym świecie, gdzie praktycznie wszystko
jest na sprzedaż a wartości niegdyś najwyższe, to tylko puste
słowa nic więcej, zdarzają się historie jak z dawnych
powieści i bohaterowie tych historii jakby przeniesieni z czasów
tak odległych, że prawie nierealnych.

Taką właśnie historię poznałam niedawno i choć nie kończy się
happy endem -nie wiem czy bardziej jej bohaterom współczuję,
czy może zazdroszczę.
Z pewnością jednak takie zdarzenia przywracają mi wiarę w
ludzi i to, co nazywamy prawdziwą miłością.
Bo w czasach gdy ludzie pobierają się z różnych względów – na
których czele często stoją względy ekonomiczne i własna wygoda,
a miłość trwa tylko chwilkę by zgasnąć tak szybko jak się zapala –
– prawdziwa miłość jest tak rzadka jak wszystko co kiedyś miało
wielką wartość, a przez nadużycie stało się tylko wytartym sloganem.

Mógł mieć każdą dziewczynę którą zechciał.
Był tak zwaną dobrą partią czyli kimś – nawet w dzisiejszych
czasach – bardzo  pożądanym  jako kandydat na męża i ojca.
Przystojny, wykształcony, dobrze wychowany, bez nałogów,
zajmujący dość wysokie stanowisko w dość ważnym zresztą
urzędzie.
Wszystko to sprawiało, że kandydatek na towarzyszki życia
kręciło się wokół niego mnóstwo i gdyby tylko chciał – miałby
w czym wybierać.
Gdyby chciał.

On jednak nie chciał, a dokładniej – nie znalazł wśród nich
ani jednej, do której poczułby coś więcej niż tylko sympatię
czy przyjaźń.
Choć zastawiały na niego sidła, choć rodzina próbowała go
swatać, on trwał w kawalerskim stanie twierdząc że bez
miłości się nie ożeni, a przecież miłość nie przychodzi na
zawołanie lecz jeśli komuś pisana – sama go znajdzie.

No i znalazła go w końcu jego miłość, dość późno – bo już po
czterdziestce, ale kiedy nadeszła (w postaci nowo zatrudnionej
koleżanki), On nie miał wątpliwości, że to ta jedna jedyna
na którą czekał…

Chyba los faktycznie ich sobie przeznaczył już dawno – a tylko
sobie wiadomym powodem kierowany – sprawił że odnaleźli
się tak późno. Trudno było bowiem o bardziej dobraną parę,
zarówno pod względem spojrzenia na życie, poprzez szereg
wspólnych zainteresowań.

Ze ślubem nie zwlekali zbyt długo. Szkoda im było straconego czasu.
Marzyli oboje o tym że może – jeśli się pośpieszą – los pozwoli im
również zostać rodzicami. Na wiele nie liczyli w tym względzie,
nie spodziewali się że uda im się dochować licznej gromadki,
ale w skrytości ducha o jednym choćby dziecku myśleli oboje.

Tymczasem, starali się z życia czerpać  małe i większe przyjemności
i sobie nawzajem dawać szczęście, a  największym było to,
że mogli razem spędzać każdy dzień.
On kupował jej kwiaty bez okazji, Ona gotowała to co najbardziej
lubił, weekendy spędzali na górskich wspinaczkach, była to bowiem
wspólna wielka pasja obojga, a w Tatry mieli dwie godziny drogi
zaledwie, więc starali się choć dwa razy w miesiącu
znaleźć czas na tę pasję która ich zbliżyła jeszcze bardziej.

Dwa  lata szczęśliwego małżeństwa upłynęło nim zdarzyło się coś,
co pozwoliło mieć
nadzieję że oto los postanowił spełnić ich największe marzenie.
Zasłabła w pracy i od tego momentu samopoczucie miała nie
najlepsze, co oboje w pierwszej chwili błędnie odebrali jako początek
stanu błogosławionego.  Wielką radość przyćmił trochę
fakt że czuła się z dnia na dzień coraz gorzej, ale uspokajała Go,
że to normalne – tym bardziej, że jest już grubo  po trzydziestce,
a to jej  pierwsza ciąża.

Namówił ją aby nie zwlekała z wizytą u lekarza, właśnie ze względu
na okoliczności. Lekarz jednak ciążę wykluczył.
Zlecił za to szereg badań, których wynik zachwiał wiarą
obojgu w sprzyjający los.

Od tej chwili ich życie stało się walką – niestety zakończoną klęską.
W niespełna rok choroba całkowicie wyniszczyła organizm,
pozbawiła pełną życia kobietę  sił do dalszej walki, by w końcu – na
dwa dni przed trzecią rocznicą ślubu – w okrutny sposób sprawić,
że znów został  sam…
Nie miała sił by walczyć dłużej z czymś, co i tak było nieuniknione.
Chciała odejść, chciała zachować resztki ludzkiej godności.
Nie zmuszał jej do dalszej walki.
Uszanował jej decyzję.

Już nie rozpacza pogodzony z losem, pełen spokoju jaki daje
wiara w to, że przyszło im rozstać się tylko na chwilę,
że w końcu kiedyś On do Niej dołączy by już nigdy więcej
nie rozstać…
Na stwierdzenie, że los bywa okrutny – dając szczęście po to,
aby zabrać gdy tylko poczujesz jego smak – odpowiedział że to
wcale nie tak.  Nie uważa żeby los był okrutny.
Dał mu bowiem to, czego inni szukają całe życie błądząc i nie
znajdują nigdy.
Dał mu prawdziwą miłość, na którą warto było czekać tyle lat
a która przecież nie odeszła bezpowrotnie. Teraz on czeka aż
los sprawi że znowu się spotkają – tym razem na zawsze.
Dla niego pocieszeniem jest to że odeszła nie od Niego ale od cierpienia.

Myśląc jak wiele człowiek potrafi zadać cierpienia komuś,
kogo wczoraj kochał podobno, jak wiele osób wzajemnie robi
sobie z życia piekło – zazdroszczę mu tej wiary i tej pewności.
Chociaż nie lubię ckliwych historii, ta opowieść zajęła moje myśli
na długo, skłaniając do wyciągnięcia pewnych wniosków.
Nie warto zbierać szkiełek gdy masz szansę odnaleźć brylant.
Nie za każdym rogiem czeka na Ciebie szczęście.
Nad życiem warto się pochylić, aby spośród sterty śmieci wydobyć
cenny dar jakim jest prawdziwe uczucie.

Jeśli się kogoś naprawdę kocha – trzeba pozwolić mu odejść gdy
cierpienie odbiera mu chęć do życia.
Płacząc za tymi którzy odeszli – płaczemy nad sobą z czysto
egoistycznych pobudek.
Najgorzej bowiem mają ci, co zostają.

 

Kto przeszkadza najbardziej?

safe_image (2)
Ostatnio w sieci krąży coś takiego.
Szokujące dla mnie, użycie w cywilizowanym świecie takiego oto określenia
w stosunku do dziecka. Ale nie tylko.
Jeszcze bardziej szokujący jest fakt, iż większość internautów nie widzi w
tym nic złego – przeciwnie! Wielu uważa, że coś takiego powinno być
stosowane w samolotach, restauracjach i innych miejscach użytku publicznego.
Kiedy pojawi się naklejka „Strefa Wolna od Bachora”? Pewnie niebawem.
Odnoszę wrażenie, że większość z nas została wyprodukowana w fabrykach,
jako osobniki dorosłe. Odnoszę również wrażenie, że większość z nich,
wyklucza posiadanie potomstwa w przyszłości, co samo w sobie nie jest
naganne,  a w niektórych przypadkach mocno usprawiedliwione.
Tymczasem, od około 87 roku ubiegłego stulecia, obserwujemy wzrost
nadpobudliwości i agresji u dzieci, przypadków ADHD, autyzmu,
zespołu Aspergera.
Może należało by się zastanowić raczej zastanowić nad przyczyną tego
zjawiska, zamiast starać się wyeliminować dzieci z życia publicznego.

Nie tylko dzieci przeszkadzają społeczeństwu.
Ostatnio w sieci pojawił się list młodego człowieka, który apeluje do
emerytów o pozostanie w domach w godzinach szczytu.

„Dzień dobry, jestem uczniem szkoły średniej, który w wakacje
postanowił pójść do pracy na całe dwa miesiące, nie mieszkam
w Warszawie lecz miejscowości nieopodal niej” – zaczyna list nasz
Czytelnik.

„Do pracy dojeżdżam ponad 2 godziny przejeżdżając praktycznie
przez całą Warszawę co stanowi nie lada wyzwaniem, list kieruje
głównie do osób starszych, które jeżdżą komunikacją w godzinach
szczytu.

Proszę państwa jeżeli widzicie osobę młodszą która siedzi w autobusie
czy tramwaju a obok stoi osoba starsza to proszę sobie darować mówienie
na głos „brak wychowania u tych młodych w dzisiejszych czasach”.
Jeżeli mają Państwo ochotę posiedzieć to proszę nie jeździć w godzinach
szczytu tylko pomiędzy nimi.
Przypomnę że to oni pracują na Państwa emerytury więc proszę też o
wyrozumiałość. Nie wiem skąd u starszych osób pojawił się sposób
myślenia, że mają pierwszeństwo w komunikacji miejskiej oraz chamskie
(bo inaczej się nie da się tego opisać) komentowanie osób które im
nie ustępują.

Ja, osobiście wole ustąpić miejsce matce z dzieckiem niż emerytowi
bo te dziecko jest przyszłością dla kraju. Każdy jest równy i każdemu
należy się miejsce siedzące w komunikacji miejskiej.

Jestem świadomy, że list zostanie skrytykowany przez niektórych jednak
proszę o kulturalne wyrażanie swoich odczuć”.

Zamieszczę  odpowiedź osiemdziesięciolatki, skierowaną do tego
władcy przestrzeni komunikacyjnej, który dopiero co zaczął pracę, a już
zarobił na emerytury wszystkich emerytów.

„TO NIE CZYNI MNIE ŚMIECIEM CZY BEZUŻYTECZNYM LUDZKIM ODPADEM”. 80-LATKA PISZE LIST DO REDAKCJI

Z wielkim zdziwieniem czytałam wynurzenia młodego człowieka na temat
starszych osób w komunikacji miejskiej.

Najbardziej dziwi stwierdzenie, że Państwa czytelnik nie wie
„skąd u starszych osób pojawił się sposób myślenia, że mają
pierwszeństwo w komunikacji miejskiej”. Jeżeli rzeczywiście
jeździ on często do pracy to wie, że są nawet miejsca uprzywilejowane
dla osób niepełnosprawnych, starszych i matek z dziećmi i każdej z tych
osób należy się szacunek.

To, że w tym roku kończę 80 lat nie czyni mnie śmieciem czy
bezużytecznym ludzkim odpadem.
Pomagam wnuczce z prawnukami, stąd wyjazdy w godzinach 
szczytu,
dorabiam sobie do emerytury pracą przez internet, dobrze pisze,
jestem obeznana z komputerem i często udzielam się charytatywnie.
Pomimo moich lat nikt nie musi mnie utrzymywać i „zarabiać na moją
emeryturę”.
Poza tym parafrazując pewną reklamę „Dziś sam jestem dziadkiem”.
To dziś nadejdzie szybciej niż Pan sądzi, młody człowieku.

I jeszcze jedno odnoście „zarabiania na moją emeryturę”: póki co nie
zarobił Pan nawet na rok mojego utrzymania, bo dopiero zaczął
przygodę z pracą. Ja za to pracuje cały czas i moje pieniądze zasilają
Pana edukacje szkolną. Głupio wyszło, co nie?

Jagoda

należałoby się zastanowić nad przyczyną tego zjawiska? 

Absurdy z tragedią w tle.

Znowu, przez głupotę dorosłych, siedmiolatka straciła dłoń.
Piszę znowu, bo myślałam, że to już przeszłość i tragiczne
statystyki, mówiące o tragediach z udziałem dzieci na wsi
odeszły w niebyt.
Dziecko miało zakleszczoną w uruchomionej maszynie
rolniczej dłoń.
Komentarze? Jak zwykle podzielone. Najdurniejszy, moim
zdaniem, został już dziś usunięty – widocznie ktoś przemyślał –
dlatego nie przytoczę dosłownie. Brzmiał mniej więcej tak:
„Nie przesadzajcie. Wychowałam się na wsi i jako dzieci
wszystkie maszyny rolnicze mieliśmy opanowane.
nie było takiej, której byśmy nie uruchomili. Jeździliśmy
traktorem i kombajnem tak, że gdyby ktoś spadł – byłoby po nim!
Nikomu nic się nie stało…”
Nagminny wśród nas – istot rzekomo myślących – wniosek, że
skoro nam się nie przytrafiło, to nie ma sprawy!
Sytuacja na wybrzeżu, można powiedzieć powtarzająca
się co roku.
Kąpiel przy czerwonej fladze, po dyżurze ratowników, z ojcem
w roli opiekuna. Znów zakończyła się tragicznie.
W stanach ojciec „zapomniał” o rocznych bliźniakach w
samochodzie, zaparkował i poszedł na dyżur. Do szpitala.
Przypomniał sobie o nich już w drodze powrotnej do domu.
Jakiś czas temu podobny przypadek zdarzył się w Polsce.
Nie wspomnę o tych bardziej szokujących sprawach, gdzie
ojcowie świadomie odebrali życie swoim dzieciom.
To patologia.
Nie chcę nikogo obrażać, ale czasem nasuwa się wniosek,
że ojciec, to nie jest wystarczająca opieka dla dziecka.
Choć i paniom czasem wiele pod tym względem można zarzucić,
ale to najczęściej patologia. W opisanych przypadkach nie mówimy
o patologii, ale o normalnie funkcjonujących na co dzień osobach.

Nie tylko „karciane przekręty”…

W Polsce – za rządów PO – żeby nie było – wprowadzono tak zwaną
Ulgę meldunkową. „Objęła każdego, kto w tym okresie nabył
mieszkanie, a następnie sprzedał je w ciągu następnych pięciu lat.
W teorii miała ludziom pomóc, bo zwalniała z podatku, który
normalnie musieliby zapłacić.
Żeby z niej skorzystać, wystarczyło złożyć oświadczenia o
zameldowaniu i chęci skorzystania z ulgi.
Absurd polegał na tym, że żaden normalny człowiek nie wiedział,
że takie oświadczenie należy złożyć.
Nie miał prawa o tym wiedzieć, bo państwo przed ludźmi skrzętnie
ten warunek do skorzystania z ulgi ukryło.
Informacja o nim znajdowała się tylko w przepisach, do których
dostęp miała bardzo wąska grupa specjalistów.”
Po latach, tak na krótko przed upływem okresu przedawnienia,
urzędy skarbowe rozpoczęły złodziejski proceder.
Ulgowiczów zaczęto wzywać. Informowali, że w związku z brakiem
dostarczenia stosownego dokumentu, ulga przepada.
I że trzeba spłacić zaległy podatek i odsetki, które w międzyczasie
narosły. Dokumentów nie złożył nikt.
O oświadczeniu nie mieli pojęcia notariusze, a ofiarą ulgi meldunkowej
padali nawet sami urzędnicy skarbowi.
Ale niewiedza kosztuje, a nie zwalnia od odpowiedzialności.
Państwo na ludzi zastawiło pułapkę.
Po latach okazało się, że ofiar ulgi meldunkowej w Polsce było prawie
20 tys. Sumy do spłacenia wahały się między kilkadziesiąt a 250 tys zł.
Nie było zmiłuj, kto wszedł na drogę sądową oprócz przegranej,
miał jeszcze do zapłacenia koszty procesowe.
Śmietankę spijał obecny rząd, bo PO się przeliczyło i poślizgnęło
się przy ostatnich wyborach na własnym gównie.
A mieli rządzić trzecią kadencję.

W latach dziewięćdziesiątych mój brat prowadził dobrze
prosperujący warsztat samochodowy.
Dobrze prosperujący do momentu kiedy
nie zaczął naprawiać samochodów znajomych.
Wkładał swoje pieniądze w części, płacił pensję pracownikowi,
a znajomi wyjeżdżali nie płacąc, bo „mieli akurat przejściowe
problemy finansowe”, więc zgadzał się na zapłatę „za miesiąc”.
Nikt nie zapłacił oczywiście ani grosza a podatek i ZUS trzeba
było zapłacić.
W końcu wyrejestrował działalność, wrócił do pracy.
Niczego nie świadomy, zdziwił się mocno, kiedy został
wezwany do urzędu skarbowego w sprawie niezapłaconego
podatku za działalność gospodarczą,
w latach kiedy już jej de facto nie prowadził.
Okazało się .ze przedsiębiorczy pracownik, przywłaszczył sobie
pieczątkę i dalej prowadził biznes, tyle że na lewo i pod innym
adresem, wystawiając lipne faktury na mojego brata.
Zaległość trzeba było zapłacić, a nieuczciwego należało pozwać do sądu.
Ale mój brat miał miękkie serce.
Podobnych przypadków można by mnożyć na pęczki.
Tak się zazwyczaj kończy zaufanie.

Nie dziw się Marku wszelkim cwaniakom i złodziejom,
bo oni zazwyczaj mają dobrego nauczyciela wyżej, a
nam za naiwność i chęć zaoszczędzenia paru groszy,
zawsze przyjdzie zapłacić z nawiązką.

Dokąd zmierzamy?

Jestem antypolityczna. Z przekonania jestem anarchistką.
Odrzucam instytucję państwa oraz inne formy władzy,
marzy mi się model społeczeństwa opartego na poszanowaniu
wolności jednostki, równości społecznej i solidarności międzyludzkiej.
Kogoś to dziwi?
Brak przywódcy i całej tej zniewalającej machiny systemu.
Bez kontrowersyjnych postaci, które – za nasze pieniądze – decydują
o tym co mamy robić.
Myślę że to najbardziej sprawiedliwa forma ustroju, tyle że…nierealna.
Nierealna w dzisiejszym świecie z tym że, to nie świat jest winny,
a ludzie.
Anarchia, to nie brak porządku, a inny porządek.
Skoro jednak wiem, że to niewykonalne, akceptuję co jest, ale w takiej
formie jak jest, zaakceptować wszystkiego niestety się nie da.
Zwłaszcza w Polsce. Zwłaszcza ostatnio.
Dlatego coraz częściej myślę o tym, by zniknąć.
Nie chce mi się w tym wszystkim uczestniczyć, nawet w roli obserwatora.
Nie chcę poddać się, być niesiona na fali nienawiści, bo ona zaraża.
Nienawiść toczy mózg jak robak i czyni z człowieka bestię, odbiera
człowieczeństwo, cokolwiek to obecnie znaczy.
Mam wrażenie jakby świat, ludzki świat, nagle zatoczył koło i zatrzymał
sięgdzieś pomiędzy Homo habilis, a Homo erectus.
Powoli łapię się na tym, że ja też zaczynam nienawidzić wszystkiego,
co wypacza sens naszego istnienia, zdrowy i logiczny obraz tego świata.
Z bezsilności również, tak samo jak i z głupoty, rodzi się powoli nienawiść
i agresja.
To sprawia, że coraz częściej mam ochotę po prostu komuś przypierdolić!