Bo to co nami rządzi, to się nazywa kasa…

Polski duchowny „Dawaj babka rentę!”zakłada partie polityczną!
Nie on sam osobiście, ale „jego ludzie”, co wychodzi na to samo.
Dość ma życia z tak zwanych „dowodów wdzięczności”, hojnie
przelewanych na jego konta ze skarbu państwa i prywatnych kont
emerytów  i rencistów.
Jak pójdzie po władzę – a pójdzie – i co nie daj Boże ją zdobędzie
– a w naszym pięknym kraju wszystko jest możliwe, jako że nie tylko
zwolennicy PiS maja papkę zamiast mózgu – będzie mógł sam,
bez krępacji i zbytecznych zahamowań, tak pokierować sprawą
finansów, że nie będzie potrzebował żadnej łaski!

I w końcu o to chodzi, prawda?
Po to ludzie idą do polityki. Po kasę.
Demokracja miała jeden cel: rządy większości.
Mądry cel? Nie bardzo, zważywszy na fakt iż niestety, to nie większość
dysponuje ponadprzeciętną inteligencją, a w dodatku większość zawsze
chce poświęcenia jednostek, które to maja takie samo prawo do życia i
własnych poglądów, co większość i – o ile tej większości krzywdy nie czyni –
gówno jednostkę powinno obchodzić zdanie większości! Każdy ma jedno,
tylko jedno własne życie. Anarchia? Być może. Czasem myślę, że to jedyny
sensowny system społeczny.
Zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że z założenia światem powinni rządzić
mądrzy, a rządzą ci, co mają więcej kasy.

 

Reklamy

Obrazek z życia przeciętnego Polaka.

47082585_778079985873277_4920095735778639872_nNo i długo nie wytrzymałam.
W dużych miastach najszybszym środkiem transportu są tramwaje.
Na pewno nie najbardziej komfortowym, ale jeśli mam do wyboru
dotrzeć gdzieś w piętnaście minut, albo stać w korkach godzinę – wybieram
mniejszy komfort.
Stoję sobie na przystanku i słyszę rozmowę dwóch starszych osób, płci obojga.
Zbliżają się do przystanku dyskutując, więc mimowolnym słuchaczem tej
dyskusji nie byłam od samego początku.
– Pani naprawdę nie widzi dobrej zmiany?
– Nie, proszę pana, niby gdzie ta dobra zmiana?
– No wszędzie, ale skoro pani nie widzi… Szkoda…
Po chwili:
– Pani się modli, żeby Morawieckiego nie zabili, jak Leppera,  bo po NICH
można się spodziewać wszystkiego najgorszego.
– Skąd pan bierze takie informacje?
–  co pani, telewizji nie ogląda? Pewnie pani ogląda TVN.
Niemcom nas sprzedali. Pod niemiecka okupację poszliśmy bez jednego strzału!
– Kto?
– no jak to kto Platforma!
Ja słucham i się zastanawiam, gdzie ci Niemcy, co nas okupują.
– Pan pewnie za dużo TVP ogląda, radziłabym czasem przełączyć stacje.
Włącza się w dyskusję osoba trzecia:
– Wyprali panu mózg, czy pan go nie miał?
Osoba czwarta -starsza pani:
Ja przepraszam że się wtrącam, ale czy PiS tak jątrzy i szkaluje jak
ci z Platformy? Czy słyszał pan aby kiedykolwiek tak kłamali i obrażali?
Pan pierwszy:
– no przecież cały czas mówię o tym
– osoba czwarta:
– a to przepraszam, ja myślałam że przeciwnie.
Pani pierwsza:
– Pani jest pewna że rozumie co ogląda?
Pan pierwszy do pani pierwszej:
– Niech pani sobie czasem TVP obejrzy, to się pani prawdy dowie.
Większość oczekujących wybucha śmiechem, ja już nie wytrzymuję i
włączam się w dyskusję:
– Są trzy prawdy, a to co pan mówi, to akurat gówno prawda!
I jak tu zachować dystans do polityki?

Urzędnicy w „trosce o nasze zdrowie”.

Kiedy Niemcom rodzi się dziecko, radości nie zamyka się w czterech ścianach.
Przed domem wiesza się dziecięce ciuszki, maskotki, pieluszki, wszystko wraz
z nieodłącznym bocianem  (w Polsce spotkałam się z tym zwyczajem tylko raz
i to okraszonym ironicznymi komentarzami sąsiadów).
W Polsce coraz więcej rodziców ukrywa swoje nowo narodzone dzieci, często
walcząc wcześniej ze szpitalem, policją, sądem.
Ukrywa się przed tymi, co rzekomo w trosce o ich przyszłe zdrowie – na dzień
dobry śpieszą wstrzyknąć im jak najwięcej syfu, w jak najkrótszym czasie.
Ci którzy chcą budować naturalnie odporność swoich pociech, są nazywani
ciemnogrodem, a najczęściej spotykanym argumentem przeciw jest:
„najlepiej na trzy zdrowaśki do pieca” i „a ziemia jest płaska”…
Na dziesięć przypadków znanych młodych mam, dziewięć oświadcza po
tygodniu  (albo i wcześniej), że nie ma pokarmu i przechodzi na mleko
modyfikowane.
W Polsce są dwie grupy mam, które zamiast kulturalnej dyskusji na temat
sposobów karmienia, toczą z sobą regularną wojnę, nie szczędząc sobie
wzajemnie złośliwości.

Ponoć na całym świecie tylko 33% dzieci jest karmione piersią.
Czy w tym kontekście dziwi mnie fakt iż dziewięć mam na dziesięć biega
ze swoimi dziećmi regulaminie  po lekarzach? Niekiedy dwa razy w miesiącu.
Nie mówiąc o tym,  ile razy w roku choroby kończą się podaniem antybiotyku,
ile z tych dzieci to alergicy.

Doszło do takiej absurdalnej sytuacji, że państwo swą pomocą obejmować
będzie tylko rodziców tych dzieci, które poddane zostaną przymusowi
szczepień, a tych przybywa w kalendarzu.
W Polsce nie ma przymusu szczepień. Gwarantuje nam to prawo, które
zabrania bez naszej zgody, czyli w przypadku dziecka bez zgody rodziców,
wykonywania na nas wszelkich niosących ryzyko eksperymentów
medycznych, zaś takie ryzyko JEST!
Informacje o tym umieszczają na ulotkach nawet producenci tych specyfików.
I jak dotąd jedynym uznawanym przez lekarzy elementem  kwalifikującym
dziecko do szczepienia jest stetoskop, a jedynymi autorytetami w tej dziedzinie
są urzędnicy w białych fartuchach.

Tam dom twój, gdzie serce twoje.

Wczorajszy dzień przebiegał dokładnie wg. spodziewanego scenariusza.
Kto spodziewał się innego – ten gapa!
Odradzający się ruch faszystowski (nie nazwę tego inaczej, bo podobieństwo
jest zbyt duże, aby owijać w kolorowe złotko), to nie tylko nasz problem.
Władze w mniejszym lub większym (u nas w większym) stopniu przymykają
oko.
Zabawne, ale najbardziej stanowczo rozprawiają się z neofaszystami nasi
sąsiedzi zza Odry. Reszta jakby zapomina do czego to prowadzi.
Ponieważ żadnych znaczących zmian w scenariuszu, nie należy się spodziewać
w najbliższym czasie – zamykam na to oczy i zamierzam zawiesić wpisy o
tematyce politycznej.
Zobaczymy jak długo wytrzymam 😉
Dlatego dziś z innej bajki.

Powieść? Film? Nie. Życie.
Poznali się i pokochali jeszcze za czasów komuny, kiedy większości obywateli
PRL-u w głowie nie postała myśl, że coś się zmieni  – kurcze, znowu wracam
do polityki 😉
„Chodzili” z sobą trzy lata, z postanowieniem że się pobiorą.
Tylko nie bardzo było wiadomo gdzie zamieszkają, jako że ani u niej,
ani u niego, w trzypokoleniowych rodzinach zajmujących małe mieszkanka,
nie było warunków.
Napisał daleki kuzyn z Ameryki. Miał bardzo chorego ojca i szukał dla niego
opiekunki z Polski, bo tak sobie życzył Pan Starszy. Miał takie marzenie,
aby przed śmiercią po polsku rozmawiać.
To była dla nich szansa, o jakiej niewielu wówczas mogło marzyć.
Zgodziła się natychmiast, choć z bólem serca z powodu rozłąki.
Dość długo trwało załatwienie formalności  a czas ten spędzali wykorzystując
każdy dzień aby być razem, zaś każdą noc samotnie przepłakała.

Obiecali sobie wierność i częste pisanie i popłynęła za ocean z mieszanymi
uczuciami, ale z przekonaniem, że robi to dla nich. Dla przyszłości wspólnej
ich i wspólnych dzieci, które planowali.

Za oceanem oszołomił ja styl życia, mocno różniący się od tego który znała.
Starszy pan okazał się miłym niekonfliktowym podopiecznym, a jego syn,
widywany zresztą raz w tygodniu w niedzielę, bardzo miłym, kochającym
ojca człowiekiem.
Spędziła tam trzy lata, tęskniąc i pisząc do narzeczonego. On również
tęsknił, czego wyraz dawał w listach. I czekał.
Mimo życzliwości obu panów, tęsknota dawała jej się mocno we znaki.
Do tego stopnia, że nie raz, nie dwa chciała się pakować i wracać, ale
zarobione wówczas pieniądze, pokryłyby zaledwie podróż powrotną.
Z resztą – umowa to umowa!
Jakoś się przyzwyczaiła, już nie płakała z tęsknoty, choć kochała bardzo.
Po śmierci starszego pana, młody wykupił jej bilet na statek, ale przed
powrotem do kraju chciał jej pokazać Stany. Ruszyli wiec samochodem
przemierzając bezkresne przestrzenie, a ona patrzyła na to wszystko
oszołomiona, jakby znalazła się w innej bajce.
Kilka dni trwała ich eskapada, a w tym czasie zbliżyli się do siebie tak
bardzo, że im bliżej było do powrotu, tym większy ją ogarniał niepokój
i wątpliwości.
W końcu, gdy padło z jego strony jedno zdanie – zostań ze mną, wiedziała
że do Polski nie popłynie.
Życie miała fajne, dobrego męża, niczego jej nie brakowało, ale…
No właśnie.  Zawsze jest jakieś ale.
Kiedy minęło zauroczenie i nowe uczucie nieco ostygło, poczuła, że tamto
pierwsze wcale nie minęło.
Za późno jednak było aby to jakoś odkręcić. Zwłaszcza że swego chłopaka
porzuciła bez jednego słowa wyjaśnienia, nie odpowiadała na jego listy,
a o decyzji pozostania w Stanach, dowiedział się od rodziny w Polsce.
Żyła zatem na pozór szczęśliwa, kołysząc w sercu dawną miłość i
czasem tylko, podczas bezsennych nocy, wyobrażała sobie swoje dawne
szczęście i wspólne dzieci, których z obecnym mężem jakoś się nie dorobili.
Może gdyby im było dane dzieci mieć, inaczej by patrzyła na swoje życie?

Teraz jest już starszą panią. Wróciła do Polski po śmierci męża.
Szuka swej dawnej miłości i w głębi duszy boi się znaleźć.
Nie jest to łatwe, bo ani on, ani jego rodzina, w tej miejscowości już nie
mieszka.  Nikt nie potrafi jej powiedzieć gdzie wyjechali.
Nie jest to łatwe, bo ochrona danych.
Chodzi zatem co roku pierwszego listopada na cmentarz. Chodzi i
przygląda się ludziom. Może przyjedzie na groby bliskich?
Może zobaczy go choć z ukrycia?

Ze świętowaniem zaczekam, aż Rzeczypospolita będzie naprawdę niepodległa i wolna. Od głupoty.

Aparat ucisku dba o narzędzia przymusu. Nic dziwnego.
W końcu dzięki  nim funkcjonuje. Dzięki naszym podatkom
funkcjonuje jedno i drugie.
Narzędzie przymusu zostanie hojnie obdarowane.
Z naszych podatków oczywiście. Narzędzie przymusu nie tylko
docelowo otrzyma ponad tysiąc zł. Zapłacimy za masowe zwolnienia
lekarskie, którymi narzędzie przymusu gremialnie zaszantażowało
aparat ucisku. Oczywiście z naszych podatków.
nie wiem czy się martwić czy raczej cieszyć z faktu, że w stosunku do
innych grup społecznych aparat ucisku nie był tak hojny.
Nie ma się co dziwić. Narzędzie przymusu będzie jeszcze nie jeden raz
przydatne do podduszania protestujących, a przecież aparat ucisku
da nam z pewnością niejeden powód do protestów.
No i w najbliższej przyszłości, ktoś przecież będzie musiał ochraniać
marsz  faszystów.

Miejscowy Pinokio Kłamczuszek coś bredził, że wzmacnianie UE jest
i pozostanie absolutnym fundamentem polskiej polityki zagranicznej
jedynie słusznej partii.
Zapomniał chyba iż w swoich szeregach maja idiotów, którzy głośno
i publicznie przyznają,  że jest wręcz przeciwnie.
W stolicy odbędą się – niezależnie od siebie – dwa marsze niepodległości.
Narodowcy wyruszą godzinę wcześniej. Przetrą szlak idącym w marszu
rządowym.
Nie miałabym nic przeciwko temu aby jedni i drudzy dotarli w
rejon trójkąta bermudzkiego.

***

Z ostatniej chwili. Sytuacja marszu uległa zmianie.  Będzie jeden wspólny marsz.
Czy to coś zmienia? Właściwie nic. Nadal mam nadzieję, że na drodze marszu
pojawią się zjawiska znane z Trójkąta Bermudzkiego.
Zwłaszcza że padły wcześniej słowa, które dowodzą iż dla niektórych środowisk
prawo i wyroki sądu są bez znaczenia.  Kiedy prezydent Warszawy podjęła decyzję
o zakazie dla marszu narodowców w Warszawie, Bosak i Międlar jasno i wyraźnie
powiedzieli, iż niezależnie od zakazu i decyzji sądu MARSZ NARODOWCÓW SIĘ ODBĘDZIE!  Pomijam decyzję sądu w tej sprawie. Uważam jednak, że  tej sytuacji
żaden szanujący się rząd  nie powinien się układać  i porozumiewać.
Ale ten rząd, prezydent, oraz Kościół, dość jasno dotąd pokazywali, że żadne skrajnie
narodowościowe czyli faszystowskie hasła im niestraszne, jeśli wygłaszane są pod płaszczykiem patriotyzmu.

Kłamstwo ma zawsze za sobą niskie pobudki…

Dość dawno temu, w trakcie pełnienia obowiązków służbowych,
związanych z wykonywanym wówczas zawodem, nauczyłam się
pewnych rzeczy.
Tak to jest, że uczymy się całe życie i – jeśli oczywiście ktoś chce z
tej nauki wyciągać wnioski – wychodzimy z tego mądrzejsi o kilka
doświadczeń.
Nauczyłam się pozyskiwania informacji, porównywania ich,
wyłuskiwania ziaren prawdy i oddzielania ich od plew.
Nie, nie zamierzam się tą wiedzą z nikim dzielić, ani nikomu ułatwiać
zadania, bo wiedza jest ogólnie dostępna. Dla tych, co chcą myśleć,
a nie wierzyć we wszystko co usłyszą i przeczytają.
Wiem jedno. Ci którzy kłamią, nigdy nie czynią tego bezinteresownie,
zawsze jest w tym ukryty cel i nigdy nie jest to cel szlachetny.
Zaś kłamstwo nie zawsze ma krótkie nogi, czasem żyje długie lata i ma
się dobrze. Zależy na jaki grunt trafi ziarno. Nie zamierzam walczyć
z głupotą za pomocą argumentów, bo dla tych co z logiką są na bakier,
żadne argumenty nie będą wystarczająco logiczne, żaden autorytet nie
będzie wystarczająco mądry, skoro głosi poglądy różniące się od
dotychczasowo uznanych za bezsprzeczne.
Nie zawsze większość ma rację i nie zawsze opłaci się ryzykować
zdrowiem i życiem jednostki, dla spokoju większości, która usiłuje nas
do tego nakłonić.